Członkowie FTC stosunkiem głosów 4-1 uznali, że transakcja nie grozi tym, że Google zdominuje amerykański rynek internetowej reklamy. A tak argumentował m.in. Microsoft i operator telekomunikacyjny AT&T, chcąc, by komisja zablokowała przejęcie.
Przypomnijmy, w kwietniu br. Google ogłosiło, że za nowojorską spółkę DoubleClick zapłaci aż 3,1 mld dol. w gotówce.
DoubleClick oferuje technologie do wyświetlania reklam w internecie i monitorowania ich efektów (np. zbierania informacji o przebiegu kampanii, o zachowaniu w sieci osób, które widziały reklamy).
Dla Google ta transakcja to szansa na wpłynięcie na szersze wody – koncern do perfekcji opanował zarabianie miliardów na prostych linkach reklamowych wyświetlanych przez wyszukiwarkę. Ale poważne pieniądze płyną też z innych form e-reklamy: od tradycyjnych bannerów przez rozmaite formy multimedialne aż po reklamy wideo.
“Rynek reklamy online nadal bardzo szybko się rozwija i nie ma dziś dowodów na to, które uzasadniałyby teorię, że przejęcie zaszkodzi konkurencji” – napisali w komunikacie członkowie FTC. Tym bardziej, że rywale nie śpią – Yahoo kupiło spółkę Right Media, Microsoft wydał aż 6 mld dol. na konkurującą z DoubleClick firmą aQuantive.
Członkowie FTC przyznali, że przy ocenie fuzji nie brali pod uwagę obaw dotyczących prywatności, gdyż “wykraczały one poza kompetencje komisji”. A te obawy koncentrują się głównie na tym, że Google nie tylko będzie gromadzić wiedzę o tym, kto czego szuka w internecie, ale także o tym, kto jakie witryny odwiedza, jakie filmy i klipy ogląda w sieci i w jakie reklamy klika. – Dla nas kwestie prywatności nie zaczynają, ani nie kończą się wraz z przejęciem firmy DoubleClick – przekonywał jednak wczoraj Eric Schmidt, szef Google.
Aby jednak transakcja mogła dojść do skutku, zgodę musi wyrazić jeszcze Komisja Europejska. Tu decyzja ma zapaść na początku kwietnia, choć niekoniecznie musi być równie pozytywna dla Google jak decyzja amerykańskiego FTC. W wielu krajach europejskich Google ma bowiem znacznie większe udziały w rynku, niż ma to miejsce w USA.
Źródło: Gazeta Wyborcza